Blog > Komentarze do wpisu
Bez patosu – przegrany wyścig ze śmiercią

Żużel jest obecny w moim życiu od dzieciństwa. Co roku bardziej, głębiej, mocniej.. to miłość, której nie da się odrzucić i zapomnieć. Mijały lata na żużlowych torach, przeżywałam każdą informację o wypadkach i kontuzjach moich znajomych, żużlowców, członków tej niewielkiej, choć charakternej rodziny. Przeżywałam śmierć Michała Matuli czy Kenny Olssona, których nigdy nie widziałam na oczy. Ale byli jednymi z nas, zginęli za miłość do sportu, który kochamy.

Kiedy w 2009 roku, mocno wchłonięta już w żużlowe środowisko zaczęłam fotografować zawody poczułam, że znalazłam wreszcie swoje miejsce w tym szalonym świecie. Zdjęcia dawały mi niezapomniane wspomnienia z każdego kolejnego meczu. W przerwie zimowej chętnie wracam do klatek, które przypominają mi o chwilach pięknych, jak i smutnych. Nigdy nie przypuszczałam, że to właśnie na żużlu przyjdzie mi stanąć oko w oko ze śmiercią..

Nie będę oszukiwać, że Lee Richardson był moim ulubionym zawodnikiem. Zawsze ceniłam go za to, jaką jest osobą. Na torze wydawał mi się zbyt spokojny. Potrafił walczyć, ale brakowało w jego jeździe odrobiny szaleństwa. Był poukładany do bólu, a ja wolę wariatów. Poza żużlem sytuacja była jednak diametralnie inna. Uśmiech na twarzy, wielka wrażliwość i miłość do dzieci. Nawet mimo słabego występu „Rico” nie odmówił rozmowy z fanami, wspólnych zdjęć z najmłodszymi. Miał klasę.

Od dwóch dni nie potrafię pozbierać myśli. Ciągle w uszach słyszę trzask pękającej bandy. Zawszę pojawiam się na murawie w raz z moim kompanem Dominikiem podczas pierwszej serii startów. Tak było i tym razem. Zajęci rozmową ustawiliśmy się na wyjściu z pierwszego łuku. Do samego momentu zwolnienia taśmy przez sędziego zajęci byliśmy dyskusją na temat poprzednich wyścigów. Nagle pojawił się charakterystyczny dźwięk silników na pełnych obrotach. I poszli. Standardowy pierwszy łuk, oko w wizjerze aparatu. Mój wzrok poszedł za zawodnikami. Zobaczyłam Lee. Uderzenie w „Ogóra”, zachwianie, opanowanie i znów kontakt z Lindgrenem. Utrata kontroli. Trzask. Widziałam w życiu setki upadków, wiele było bardziej dramatycznych niż ten. Nawet mimo, że zdarzył się kilka metrów od nas. Niemal na wyciągnięcie ręki. Tylko ten potworny huk.. pojawiła się karetka, służby zaczęły opatrywać nogę „Rico”. Był przytomny, cierpiał. Jego mechanik z przerażeniem miotał się po torze. Cóż jednak mógł zrobić. Kolejna przerwa w startach, przykra kontuzja. Fatalnie. Połamana noga została usztywniona, założono wenflon. Karetka opuściła Olimpijski. Z każdą minutą docierały do nas gorsze informacje. Krwotok? Operacja? Jak to? Chłopak był przytomny, skarżył się na ból nogi. Speedway nie smakował tak jak zwykle. Czuliśmy w powietrzu, że dzieje się coś złego. Zawodnicy walczyli na torze, a Lee na Sali operacyjnej. Sparta wygrała..

Odechciało mi się atmosfery parku maszyn i popędziłam do domu na gorącą herbatę. Po drodze zaczęły przychodzić przerażające informacje. Reanimacja. Traci siły. Nie żyje. Natychmiast w moich oczach pojawiły się łzy, a noga odruchowo mocniej wcisnęła pedał gazu. Za co? Dlaczego? On nie mógł tak po prostu umrzeć. Przecież to Lee. Wspaniały mąż, ojciec, przyjaciel, kumpel z toru. On żył, na torze wszystko wyglądało normalnie. Standardowy upadek, usztywnienie, karetka, szpital. Dla nas to część tego sportu, choć ta najgorsza. Ale śmierć? Śmierć, która na żużlowe tory ma zakaz wstępu wpadła i zabrała nam jednego z nas. Tak po prostu.

Media żywią się śmiercią Richardsona. Prawdziwi „ludzie z żużla” nie potrafią przestać myśleć o Lee. To nie był człowiek kontrowersyjny. Wręcz był zbyt miękki. Kibice wymyślali przeróżne przezwiska i przekręcali jego nazwisko z pogardą. Mówili, że jeździ jak ciota. Był słaby psychicznie, przeżywał każdą porażkę. Chciał udowodnić, że wciąż się liczy, że zła passa zawsze kiedyś się kończy. Skończyła się..

Nic nie wróci życia chłopakowi z Hastings. Nie mogąc wymazać z pamięci jego uśmiechu przed zawodami, kiedy schodził z toru wraz z Jasonem Crumpem zaczęłam przeglądać zdjęcia. Od startów we Włókniarzu, do grzania motocykli w niedzielne popołudnie we Wrocławiu. Nie chcę oglądać wypadku. Widzę go co chwilę, gdy moje myśli powracają na tor Stadionu Olimpijskiego. Speedway już nie będzie dla mnie taki sam, choć wciąż go kocham i nie przestanę. Łukasz Benz w swoim felietonie napisał, że upadł cały żużel. Zgadzam się. Dla mnie wraz z „Rico” umarło coś cennego. Coś, czego nie można opisać słowami. Nadal będę jeździć po całej Europie i nie tylko, za żużlowym cyrkiem. Nadal. Ale stojąc na murawie, na wyjściu z pierwszego łuku, patrząc na nieszczęsny fragment bandy będę czuć ból. Nie tak miała wyglądać żużlowa niedziela. Nie tak miał się cieszyć zwycięzca meczu, bez względu na to, która to byłaby drużyna. Nie taki powinien być speedway, jaki był 13 maja 2012. Nie tak ponury, płaczący, przygnębiony. Nie pogodzę się z tym.

Lee, na zawsze pozostaniesz w mojej pamięci. Zawsze będę pamiętać o Twojej wielkiej walce tego nieszczęsnego dnia. I chociaż przegrałeś to wszyscy wierzymy, że dałeś z siebie wszystko i nie odpuściłeś ani na moment. Mam nadzieje, że kiedyś jeszcze się spotkamy, zobaczę Cię w niebieskiej bluzie i jasnych jeansach, z charakterystycznym uśmiechem na twarzy. I razem porozmawiamy o żużlu, który tak bardzo kochałeś.

 

wtorek, 15 maja 2012, karenfoto
Katarzyna Karen Łapczyńska

Polecane wpisy